niedziela, 1 października 2017

Moja planeta

 Śnieżyca nie odpuszczała miasteczku od wielu dni. Dzieciaki nie chodziły do szkoły, autobusy nie kursowały, a nieliczni, spieszący do pracy pomimo nieprzyjaznych warunków pogodowych ludzie ślizgali się, uprawiając niespotykane dotychczas odmiany baletu na chodnikach. 
 Mikołaj wpatrywał się intensywnie w swoją kulę śnieżną. Wirujące śnieżki i zatopione w wodzie porcelanowe miasteczko bardzo przypominało obraz za oknem. Chłopcu przeszło przez myśl, że być może w którymś z miniaturowych budyneczków siedzi właśnie inne dziecko i rozmyśla nad swoją własną kulą. Ta koncepcja bardzo mu się spodobała - gdyby w jego kuli istniał jakiś mały chłopiec, mógłby się z nim zaprzyjaźnić i zabierać go ze sobą wszędzie - byłby przecież taki malutki! 
 Mikołaja ogarnął niepokój. Przecież to dziecko już dawno utopiłoby się w jego kuli! Z grymasem na twarzy wstał od biurka i odłożył przedmiot na parapet. Cóż za głupota, napełniać taką kulę wodą - żadne małe, zamieszkałe w niej stworzonko nie ma realnych szans na przetrwanie! 
 Chłopiec postanowił wyjść na dwór. Dynamicznym krokiem przeszedł przez pokój i ruszył do wyjścia, nie zważając na krzątającą się po kuchni mamę. Założył ogromny golf, czapkę z pomponem i potężne, dwa rozmiary za duże śniegowce, które dostał od ciotki, więc musiał je nosić w ramach wdzięczności, nieważne jak beznadziejne by nie były.
 Gdy tylko otworzył drzwi, owionął go straszliwy chłód. Naciągnął czapę głębiej na uszy i ciężkim krokiem zaczął spacerować po podwórku, podziwiając ogromne ślady, które pozostawiał w głębokich zaspach. Potknął się i wywrócił w śnieg, więc zaczął się w nim tarzać. 
 Po jakimś czasie zaczął marznąć. Niebo pojaśniało, jakby ktoś nagle odkrył całe miasteczko spod ciemnego koca, ale temperatura wciąż wykraczała poza granice normalnego funkcjonowania. Mikołaj usłyszał stłumione okrzyki i zaczął się rozglądać, jednak w pobliżu nikogo nie było. Wzruszył ramionami i wstał z chłodnego śniegu, kierując się do domu. Nie udało mu się jednak do niego dotrzeć, bo ziemia zadrżała i ponownie się wywrócił. Spadające z nieba śnieżynki zawirowały w dzikim tańcu, a zalegający śnieg z dachu i drzew spadł na ziemię z głośnym plaskiem. 
 Po chwili wahania chłopiec ponownie wstał, gotów pobiec do domu, do mamy, zaskoczony zaistniałą sytuacją, ale cały świat jakby ponownie się zatrząsł. Mikołaj spróbował czołgać się po śniegu, ale jego przemoczone ubranie i za duże buty stanowiły potężną przeciwwagę dla wątłych sił dziecka. Wystraszony drżącym światem chłopiec krzyknął do mamy, nikt jednak nie wychylił się po niego z domu. 
 W zasięgu wzroku nie było nikogo - całe pole widzenia wypełniały wirujące płatki białego puchu. Mikołaj zaczął panikować, gdy usłyszał kolejne radosne okrzyki i piski.
- Ktoś tam jest? Pomocy! - zawołał w nieprzeniknioną biel.
 Udało mu się wstać, więc pobiegł w stronę domu. Serce biło mu mocno ze strachu, a gdy otworzył drzwi i zawołał mamę, momentalnie zobaczył, jak cały świat obraca się do góry nogami. Niczym w zwolnionym tempie jego dom zsunął się do nieba, a grube warstwy śniegu zbliżały się, by przykryć chłopca i wszystko, co do tej pory utrzymywało się ponad nimi. Mikołaj poczuł, że zaraz spadnie w niewyjaśnionych okolicznościach w górę, więc przytrzymał się klamki drzwi i zaczął wrzeszczeć w niebogłosy. 
 Na końcu korytarza dostrzegł mamę. Zapierając się o ściany i przewracając na sufit brnęła w stronę drzwi, by w końcu w rozpaczliwym geście wciągnąć swojego syna do środka i przytulić go do siebie.
- Mamusiu, co się dzieje?
- Nie mam pojęcia, kochanie. 
 Przez okno w kuchni zobaczyli wirujący świat i spadające na ich dom tony śniegu. Pełni strachu, zamknęli oczy.
                                                              ***
 Niemowlę śmiało się i piszczało wesoło, trzymając w tłustej rączce szklaną kulę starszego brata.
- Ona zaraz ją zniszczy! - wykrzyknął chłopiec.
- Daj spokój, niech się pobawi. 
- Ale tam jest moje miasteczko, mój świat, moja planeta! A jeśli coś się rozklei? O, albo jeśli żyje tam jakiś chłopiec i własnie bardzo się boi, bo ta tutaj urządza mu trzęsienie ziemi?!
 Zebrani w pomieszczeniu dorośli roześmiali się serdecznie. Wujek prawie wypluł sztuczną szczękę, a babcia rozlała na nowiutki obrus trochę świątecznego barszczu.
- Chłopiec w kuli śnieżnej? To ty masz wyobraźnię, kochanie!