Westchnąwszy przeciągle, wstała z łóżka i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Jak niby mam ogarnąć to wszystko? - rzuciła w przestrzeń wypełnioną starymi ciuchami, pamiątkami nie wiadomo skąd i różnymi innymi bzdetami, których musiała się pozbyć lub uporządkować.
Dla najbardziej leniwej osoby na świecie było to niczym wejście na Mount Everest.
- Maaaaaamooooo!
Drzwi uchyliły się, zgarniając w kąt parę bliżej niezidentyfikowanych rzeczy.
- Miałaś robić porządek tutaj.
- No właśnie robię. Chciałam zapytać tylko za ile ta paczka przyjdzie.
Matka westchnęła jeszcze bardziej przeciągle niż córka i zerknęła na zegarek.
- Cóż, powinna być jeszcze dziś wieczorem - uśmiechnęła się ironicznie. - Dasz radę.
Sadie została sama ze swoim bałaganem. Przebiła się do biurka, na którym stał laptop i uruchomiła swoją ulubioną playlistę. To pierwszy krok do czegoś produktywnego - umilić to sobie muzyką.
Szesnastolatka była naprawdę leniwą oraz sentymentalną osobą. Kiedy więc za każdym razem kuliła się z laptopem pod kocem, a jej matka przychodziła, i kazała jej posprzątać, dziewczyna wykorzystywała ideę "wiosennych porządków". "Przyjdzie wiosna to ogarnę, mamo. Na zimę to się nikomu nie chce nic robić". Były jednak dwa kłopoty, których nie przewidziała.
Po pierwsze - jej nigdy nie chciało się nic robić.
Po drugie - wiosna przyszła.
Za zadanie miała wyrzucenie pokaźnej ilości szpargałów, aby zrobić miejsce na nowe, które zakupiła w ramach równie wiosennej zmiany wystroju i "odgruzowanie" pokoju. W sklepie internetowym wyposażyła się również w trochę odzieży, zatem reforma nie mogła ominąć szafy.
Podśpiewując pod nosem ulubioną melodię, Sadie usiadła na środku pokoju i złapała w ręce przypadkową rzecz z podłogi.
Figurka Ozzy'ego Osbourne'a? Poważnie?
Chwyciła czarny worek i koszykarskim ruchem wyrzuciła zbędną rzecz.
Hm, to łatwiejsze, niż myślałam.
Łatwo poszło również ze staroświeckim zestawem do pisania listów, plastikową kulą śnieżną z bałwankiem, który odkleił się od podstawy i latał równie wesoło co płatki śniegu czy drewnianym aniołkiem "na szczęście". Problemy zaczęły się dopiero, gdy natknęła się na stary, poplamiony zeszyt w czerwone i różowe serduszka. Otworzyła go na pierwszej stronie.
"22 czerwca 1985r.
Dzisiaj Teddy zabrał mnie do kina. Film był w porządku, ale cały czas myślałam tylko o tym, że muszę się pożegnać. Rodzice na całe wakacje wywożą mnie do cioci Elly! Będę za nim bardzo tęsknić, chociaż wstydziłam się mu powiedzieć. W końcu boję się, że znudzi się czekaniem na mnie - przecież w wakacje mieliśmy się najlepiej bawić - i nie będzie się chciał już ze mną spotykać. Z drugiej strony on ma już dziewiętnaście lat... i swój samochód! Może do mnie przyjedzie z kolegami? Nie wiem tylko jak ciocia zareaguje..."
- Audrey, złotko, chodź no tutaj!
Sadie poderwała głowę znad lektury i zmarszczyła brwi. Ktoś wołał jej mamę. Czyżby mieli gości? Wzruszyła ramionami i spojrzała na pamiętnik.
"Teddy" - czy to miało być imię jej ojca - "Theodore'a"? Jeśli tak, ucieszyła się, że jej matka nigdy tak się do niego nie zwracała w jej obecności. Może jeszcze "Misiaczku"?
- Aaaaaudreeeeey! Ile razy mam wołać? Kolacja!
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Mamy gości, którzy we własnym domu wołają nas na kolację?
Drzwi pokoju uchyliły się z trzaskiem, a do pokoju zajrzała ciocia Elly. Miała tę swoją nienagannie ułożoną fryzurę i fartuszek, ale było w niej coś, od czego Sadie prawie dostała zawału. Czy ona była u jakiegoś chirurga?
Ciocia miała jakieś trzydzieści lat mniej - zero zmarszczek, kruczoczarne - nie siwe, jak zwykle - włosy i dużo więcej życia w spojrzeniu.
- Audrey? Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie.
Sadie uniosła wysoko brwi i wskazała palcem na siebie. Jednak jej naparstek nie napotkał jak zwykle miękkiej, szarej bluzy, a dziwny, nieco szorstki materiał. Spojrzała w dół i zorientowała się, że ma na sobie haftowaną ozdobnie sukieneczkę, nie zaś swój domowy strój. Coś tu nie grało.
- Ciociu, gdzie jest mama? - spytała ostrożnie.
- Twoja mama? Przecież rodzice już pojechali, kochanie. Jesteśmy same aż przez dwa dni, później wraca wujek Montey.
- Co?! Co tu się dzieje?
Elly spojrzała, zmartwiona, na dziewczynkę. Podeszła i położyła jej dłoń na czole.
- Czy coś się stało? Uderzyłaś się gdzieś?
- Ja? Co ja w ogóle mam na sobie? O co tutaj chodzi?
- Malutka, chodź na dół, przyłożę ci lód i poczujesz się lepiej.
Otępiała Sadie pozwoliła odmłodzonej cioci podtrzymać się pod ramię i wyszła ze swojego pokoju. Kiedy rozejrzała się dokoła, miała ochotę wrzasnąć. Wcale nie była na swoim korytarzu, ale w holu domu Elly, który wyglądał jak sprzed remontu; dziewczyna znała ten widok tylko ze zdjęć. Staromodny, kwiatowy wystrój i drewniane, zdobione meble. Odwróciła się i zobaczyła, że z jej pokoju nie zostało nic, oprócz pozostawionego na podłodze pamiętnika - reszta wyglądała jak pozostała część domu. Sadie nawet nie zauważyła, kiedy przycichła muzyka z jej - już (albo jeszcze, jeśli dziewczyna domyślała się o co tutaj chodzi) nieistniejącego - laptopa.
- Wiem, że jesteś dosyć sceptyczna co do tego zostania u mnie na całe wakacje, ale zapewniam cię, że będziemy się świetnie bawić! - trajkotała ciocia, podczas gdy Sadie rozglądała się po domu rodem ze zdjęć z rodzinnego albumu. - Dorobiłam się nawet supernowoczesnego aparatu - jak chcesz, to możemy sobie zrobić zdjęcie!
Elly błysnęła lampą po oczach i zaraz w jej rękach pojawiła się fotografia roześmianej jej samej, oraz stojącej obok niej, wybałuszającej oczy do aparatu... młodej Audrey.
Sadie wyrwała zdjęcie z rąk cioci i krzyknęła z zaskoczenia.
- To ja?!
- No widzisz, ja też cię z tą miną nie poznaję. Uśmiechnij się, od razu będzie lepiej. Wiesz, ja kiedyś miałam ofertę, żeby zostać aktorką, ale ją odrzuciłam, bo nie chciałam mieszkać w wielkim mieście. W każdym razie przeszłam szkolenie i wiem nawet co robić, żeby na każdym zdjęciu wyglądać korzystniej. Jak chcesz, to cię nauczę. Mamy na to całe dwa miesiące! Ale najpierw kolacja! Siadaj, zjesz trochę kanapek? Czy chcesz jednak tego lodu? Nastawię wodę na herbatę, usiądź sobie, kochanie...
Sadie skorzystała z oferty i usiadła z wrażenia. Czy to jest możliwe? Czy naprawdę jakimś cudem znalazła się we wspomnieniach własnej matki? Jeśli tak, to musiała znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać. Zawsze w filmach o podróżach w czasie pojawił się wątek zmiany przeszłości i jakieś straszne tego konsekwencje. Nie byłoby fajnie, gdyby sknociła coś, co doprowadziło np. do jej życia! Poza tym strasznie dziwnie było być w skórze kogoś innego. Nawet własnej matki!
Zjadła kolację z ciocią Elly, chociaż ciążyło jej na sercu to, że może popełniać właśnie jakiś błąd. Już tym swoim szokiem i dziwnym zachowaniem prawdopodobnie zmieniła coś w zachowaniu własnej matki a także cioci, co może później doprowadzić do poważniejszych nieprawidłowości.
- Ciociu - odchrząknęła. - Zaraz wrócę, dobrze?
Sadie pobiegła do pokoju i wręcz rzuciła się na pamiętnik. Ponownie zaczęła go czytać.
"30 czerwca 1985r.
Rozmawiając z ciocią Elly dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o swojej rodzinie. Chciałabym być w domu i móc spotykać się z przyjaciółmi, ale tutaj jest naprawdę w porządku. Wiem, że wszyscy starają się jak mogą - również wujek Montey - żebym czuła się tu dobrze. Wciąż jednak myślę o Teddy'm..."
- Paczka przyszła! - usłyszała głos swojej matki.
Sadie poczuła nieopisaną ulgę. Do jej uszu doszedł dźwięk kultowych piosenek z playlisty, a gdy rozejrzała się dokoła, dostrzegła znajomy bałagan.
- Już idę! - krzyknęła i zatrzasnęła pamiętnik. Postanowiła go zatrzymać, ale z czytaniem być nieco ostrożniejsza...
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
niedziela, 9 kwietnia 2017
Chrupki i ciernie
- Był sobie kiedyś pewien pan. Miał on słynną na całe miasteczko ciastkarnię. Pech chciał jednak, że kiedyś do tego pana przyszedł znany krytyk kulinarny, który zamówił przysmak lokalu - czekoladowe chrupki z kolorową posypką.
- Zjadłbym takie chrupki...
- Cśśś, nie przerywaj! Babciu, mów dalej!
- No więc ten pan bardzo chciał zadowolić krytyka i przygotować najpyszniejsze chrupki na świecie. Spróbował nieco ulepszyć swoją miksturę czekoladową, w której je moczył, dodając zioło, które otrzymał od zaprzyjaźnionego zielarza. Miało ono powodować, że osoba, po jego zjedzeniu odczuwa ogromną satysfakcję i chce więcej. Nasz pan był z początku sceptycznie nastawiony do takich ziół, pomyślał jednak, że to wyjątkowa okazja. Przyrządził takie chrupki w polewie czekoladowej, obsypał posypką i podał krytykowi. Ten, z początku był zachwycony, jednak po zjedzeniu ostatniego chrupka wytrzeszczył oczy i padł trupem, jakby cierń utkwił mu w gardle.
- Och!
Rozległo się pukanie do pokoju.
- Mogę państwu przerwać seans na moment? - spytał uśmiechnięty dziadek. - Kochanie, powiedz mi, pamiętasz może gdzie postawiłem tę puszeczkę z melisą? Jak słucham tych rozgrywek baseballowych to się we mnie krew gotuje - mrugnął do wnucząt i roześmiał się poczciwie.
- Sprawdź w szufladce w stoliku nocnym, ostatnio sobie parzyłeś na sen.
- Dziękuję. Dobranoc.
Dziadek wyszedł, a dzieci ponownie wlepiły wzrok w babcię.
- I co było dalej?
- Dalej? Ach... Nasz pan musiał zamknąć ciastkarnię, bo stracił wszystkich klientów i zbankrutował. Postanowił, że nigdy więcej nie weźmie niczego od zielarza. Jaki jest z tego morał? - babcia spojrzała na dzieci wyczekująco. - Żeby nie brać...
- Rzeczy do nieznajomych? - dokończył wnuczek.
- Ale on był znajomy! - wtrąciła się wnuczka.
- Ale to zioło było nieznajome!
- Nieznajome zioło? Co ty pleciesz?!
- No w sensie, że ten pan nie wiedział...
- Już, już, spokojnie - przerwała im babcia. - Właśnie o to chodzi. A teraz śpijcie.
Starsza kobieta wstała z łóżka, zgasiła lampkę i już miała zamykać drzwi, gdy z ciemności wydobył się głos wnuczki:
- Babciu... A co się stało z zielarzem?
- Cóż - westchnęła spytana - nasz pan uznał go za sprawcę wszystkich swoich kłopotów, więc przestał się z nim przyjaźnić. Dobranoc, skarby.
- Dobranoc.
***
Wnuczka podeszła do babci. Coś nie dawało jej spokoju.
- Babciu... A czy ten krytyk był u lekarza?
Kobieta prychnęła.
- Przecież on umarł, kochanie. Lekarz by mu nie pomógł.
- Ale nieeeee. Wcześniej! Czy wcześniej poszedł do doktora?
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo, a co?
- Bo wiesz... - dziewczynka zawstydziła się. - Może on był po prostu na te chrupki uczulony? A zielarz był niewinny?
Staruszka uśmiechnęła się, zaskoczona.
- Możliwe, że masz rację, malutka. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego krytyk umarł.
- I jaki z tego wniosek? - rozpromieniła się wnuczka. - Żeby nie...
- Żeby nie osądzać ludzi pochopnie? - dokończyła babcia. Dziecko, usatysfakcjonowane, skinęło głową.
Wszystkiemu przysłuchiwał się dziadek.
- No, mała, niezła jesteś - roześmiał się. - Nareszcie ktoś mnie zrozumiał w tej całej historii.
- Zjadłbym takie chrupki...
- Cśśś, nie przerywaj! Babciu, mów dalej!
- No więc ten pan bardzo chciał zadowolić krytyka i przygotować najpyszniejsze chrupki na świecie. Spróbował nieco ulepszyć swoją miksturę czekoladową, w której je moczył, dodając zioło, które otrzymał od zaprzyjaźnionego zielarza. Miało ono powodować, że osoba, po jego zjedzeniu odczuwa ogromną satysfakcję i chce więcej. Nasz pan był z początku sceptycznie nastawiony do takich ziół, pomyślał jednak, że to wyjątkowa okazja. Przyrządził takie chrupki w polewie czekoladowej, obsypał posypką i podał krytykowi. Ten, z początku był zachwycony, jednak po zjedzeniu ostatniego chrupka wytrzeszczył oczy i padł trupem, jakby cierń utkwił mu w gardle.
- Och!
Rozległo się pukanie do pokoju.
- Mogę państwu przerwać seans na moment? - spytał uśmiechnięty dziadek. - Kochanie, powiedz mi, pamiętasz może gdzie postawiłem tę puszeczkę z melisą? Jak słucham tych rozgrywek baseballowych to się we mnie krew gotuje - mrugnął do wnucząt i roześmiał się poczciwie.
- Sprawdź w szufladce w stoliku nocnym, ostatnio sobie parzyłeś na sen.
- Dziękuję. Dobranoc.
Dziadek wyszedł, a dzieci ponownie wlepiły wzrok w babcię.
- I co było dalej?
- Dalej? Ach... Nasz pan musiał zamknąć ciastkarnię, bo stracił wszystkich klientów i zbankrutował. Postanowił, że nigdy więcej nie weźmie niczego od zielarza. Jaki jest z tego morał? - babcia spojrzała na dzieci wyczekująco. - Żeby nie brać...
- Rzeczy do nieznajomych? - dokończył wnuczek.
- Ale on był znajomy! - wtrąciła się wnuczka.
- Ale to zioło było nieznajome!
- Nieznajome zioło? Co ty pleciesz?!
- No w sensie, że ten pan nie wiedział...
- Już, już, spokojnie - przerwała im babcia. - Właśnie o to chodzi. A teraz śpijcie.
Starsza kobieta wstała z łóżka, zgasiła lampkę i już miała zamykać drzwi, gdy z ciemności wydobył się głos wnuczki:
- Babciu... A co się stało z zielarzem?
- Cóż - westchnęła spytana - nasz pan uznał go za sprawcę wszystkich swoich kłopotów, więc przestał się z nim przyjaźnić. Dobranoc, skarby.
- Dobranoc.
***
Wnuczka podeszła do babci. Coś nie dawało jej spokoju.
- Babciu... A czy ten krytyk był u lekarza?
Kobieta prychnęła.
- Przecież on umarł, kochanie. Lekarz by mu nie pomógł.
- Ale nieeeee. Wcześniej! Czy wcześniej poszedł do doktora?
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo, a co?
- Bo wiesz... - dziewczynka zawstydziła się. - Może on był po prostu na te chrupki uczulony? A zielarz był niewinny?
Staruszka uśmiechnęła się, zaskoczona.
- Możliwe, że masz rację, malutka. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego krytyk umarł.
- I jaki z tego wniosek? - rozpromieniła się wnuczka. - Żeby nie...
- Żeby nie osądzać ludzi pochopnie? - dokończyła babcia. Dziecko, usatysfakcjonowane, skinęło głową.
Wszystkiemu przysłuchiwał się dziadek.
- No, mała, niezła jesteś - roześmiał się. - Nareszcie ktoś mnie zrozumiał w tej całej historii.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)