- Był sobie kiedyś pewien pan. Miał on słynną na całe miasteczko ciastkarnię. Pech chciał jednak, że kiedyś do tego pana przyszedł znany krytyk kulinarny, który zamówił przysmak lokalu - czekoladowe chrupki z kolorową posypką.
- Zjadłbym takie chrupki...
- Cśśś, nie przerywaj! Babciu, mów dalej!
- No więc ten pan bardzo chciał zadowolić krytyka i przygotować najpyszniejsze chrupki na świecie. Spróbował nieco ulepszyć swoją miksturę czekoladową, w której je moczył, dodając zioło, które otrzymał od zaprzyjaźnionego zielarza. Miało ono powodować, że osoba, po jego zjedzeniu odczuwa ogromną satysfakcję i chce więcej. Nasz pan był z początku sceptycznie nastawiony do takich ziół, pomyślał jednak, że to wyjątkowa okazja. Przyrządził takie chrupki w polewie czekoladowej, obsypał posypką i podał krytykowi. Ten, z początku był zachwycony, jednak po zjedzeniu ostatniego chrupka wytrzeszczył oczy i padł trupem, jakby cierń utkwił mu w gardle.
- Och!
Rozległo się pukanie do pokoju.
- Mogę państwu przerwać seans na moment? - spytał uśmiechnięty dziadek. - Kochanie, powiedz mi, pamiętasz może gdzie postawiłem tę puszeczkę z melisą? Jak słucham tych rozgrywek baseballowych to się we mnie krew gotuje - mrugnął do wnucząt i roześmiał się poczciwie.
- Sprawdź w szufladce w stoliku nocnym, ostatnio sobie parzyłeś na sen.
- Dziękuję. Dobranoc.
Dziadek wyszedł, a dzieci ponownie wlepiły wzrok w babcię.
- I co było dalej?
- Dalej? Ach... Nasz pan musiał zamknąć ciastkarnię, bo stracił wszystkich klientów i zbankrutował. Postanowił, że nigdy więcej nie weźmie niczego od zielarza. Jaki jest z tego morał? - babcia spojrzała na dzieci wyczekująco. - Żeby nie brać...
- Rzeczy do nieznajomych? - dokończył wnuczek.
- Ale on był znajomy! - wtrąciła się wnuczka.
- Ale to zioło było nieznajome!
- Nieznajome zioło? Co ty pleciesz?!
- No w sensie, że ten pan nie wiedział...
- Już, już, spokojnie - przerwała im babcia. - Właśnie o to chodzi. A teraz śpijcie.
Starsza kobieta wstała z łóżka, zgasiła lampkę i już miała zamykać drzwi, gdy z ciemności wydobył się głos wnuczki:
- Babciu... A co się stało z zielarzem?
- Cóż - westchnęła spytana - nasz pan uznał go za sprawcę wszystkich swoich kłopotów, więc przestał się z nim przyjaźnić. Dobranoc, skarby.
- Dobranoc.
***
Wnuczka podeszła do babci. Coś nie dawało jej spokoju.
- Babciu... A czy ten krytyk był u lekarza?
Kobieta prychnęła.
- Przecież on umarł, kochanie. Lekarz by mu nie pomógł.
- Ale nieeeee. Wcześniej! Czy wcześniej poszedł do doktora?
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo, a co?
- Bo wiesz... - dziewczynka zawstydziła się. - Może on był po prostu na te chrupki uczulony? A zielarz był niewinny?
Staruszka uśmiechnęła się, zaskoczona.
- Możliwe, że masz rację, malutka. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego krytyk umarł.
- I jaki z tego wniosek? - rozpromieniła się wnuczka. - Żeby nie...
- Żeby nie osądzać ludzi pochopnie? - dokończyła babcia. Dziecko, usatysfakcjonowane, skinęło głową.
Wszystkiemu przysłuchiwał się dziadek.
- No, mała, niezła jesteś - roześmiał się. - Nareszcie ktoś mnie zrozumiał w tej całej historii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz