"Koc jest jak ja. Dobry w wielu rzeczach, ale w niczym najlepszy. Potrafi ogrzewać, ale kołdra jest w tym lepsza. Potrafi okrywać, tylko że do tego posłuży też szal. Można kłaść go na łóżku, jednak narzuta sprawdzi się tutaj lepiej. Uniwersalny czy nijaki?"
Gładziła w tę i z powrotem jasnoszarą mikrofibrę. Po prostu nie potrafiła znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Wszystko było za bardzo lub nie do końca.
Pomyślała, że w filmach zawsze w takich momentach ktoś pisze. Postać leży na łóżku i z zaskoczeniem otwiera laptopa by zerknąć na niespodziewaną wiadomość od przyszłej miłości. Ona cały czas miała na kolanach uruchomione urządzenie. W prawdziwym życiu ludzie nie leżą bez celu na łóżku, bo ich rodzina domyśliłaby się, że coś jest nie w porządku. A już od dawna nikt nie był "nie w porządku". Nie było na to miejsca.
Frustracja zaczynała brać górę. Nic dziwnego, że o niej nikt nie kręcił filmu - była nudna. Może i dobra z matematyki, ale nie lubiła tego. Chociaż znała wszystkie państwa świata i ich flagi, nie wiedziała, jaki ma zrobić z tego pożytek. Wszyscy uważali, że z dobrymi stopniami z każdego przedmiotu daleko w życiu zajdzie. Tylko że takie umiejętności ogólne przydają się w teleturniejach, nie w spełnianiu marzeń.
Presja na >zrobienie czegoś ze sobą< zaczynała ją przytłaczać. Na nic nie miała ochoty, ale najbardziej nie miała ochoty na nie robienie niczego. Czy tak bardzo zatopiła się w codzienności, że nie potrafiła funkcjonować bez niej? Odrobina wolnego czasu i już nie wiadomo, gdzie się podziać.
Opuściła swój pokój i udała się do kuchni, gdzie usiadła na blacie. Sącząc powoli sok ze szklanki czuła, że wreszcie opuszcza ją ciężar. Zrobi coś nowego. Nie mogła uwierzyć, że do tej pory jej życie wyglądało tak samo, ale jej nie przeszkadzało. Zadowalała ją zwyczajność, rutyna, posłuszeństwo. Kiedy to się zmieniło?
***
- To kolejna awaria w tym miesiącu. Znajdź mi tego, kto za to odpowiada - szczupła, dystyngowana kobieta zacisnęła usta w wyrazie dezaprobaty.
- Już się robi. 13 kwietnia 2047 zabieg przeprowadzał...ten mężczyzna - pracownik wskazał palcem zdjęcie na monitorze. Niestety od czternastu lat już nie pracuje.
- Przeszedł na emeryturę?
- Został zwolniony, proszę pani. I umieszczony w zakładzie.
Kobieta uśmiechnęła się okrutnie. To był dopiero trop!
- Przygotuj mi wykaz wszystkich jego pacjentów, trzeba wymienić im pastylki. A tych, którym przestały one działać, poddajmy obserwacji. Ciekawe, do czego doprowadzi wolna wola w tych czasach.
***
Szesnaście lat wcześniej
Mężczyzna wpatrywał się intensywnie w pastylkę. Malutkie urządzenie, przypominające tabletkę przeciwbólową. Nie potrafił wyobrazić sobie, co zrobi z mózgiem noworodka leżącego przed nim. Czy przyssie się do niego jak pijawka i zacznie spijać z narządu osobowość? A może wypuści wici, które oplotą go i zamkną w klatce "równego i rozsądnego społeczeństwa"? Od kiedy rząd wydał rozporządzenie, by aplikować je każdemu dziecku, nowe pokolenia stały się mądre, spokojne i bezproblemowe. Zniknęły młodzieńcze bunty, handel nielegalnymi substancjami i homofobia. Nikt jednak nie pozwalał o nic pytać.
Lekarz złapał przedmiot i próbował go rozłupać. Pastylka zaświeciła na zielono, po czym zgasła. Twarda jak kamień. Czas się kończył, za chwilę po dziecko przyjdą pielęgniarki. Wziął zapalniczkę i spróbował zagrzać urządzenie. Czerwone miganie oznaczało, że coś jednak się zadziało.
- Przepraszam, jeśli stanie ci się krzywda. Ale obawiam się, że nie mogę z czystym sumieniem zrobić tego, co powinienem - wyszeptał i wykonał zabieg z uszkodzoną pastylką.
Parę tygodni później, po kradzieży jednej z nich rozpoczął zaawansowane badania nad jej budową. Próbował różnych modyfikacji, jednak jedyne, co udało mu się osiągnąć, to uszkodzenie trwałości urządzenia. Po paru, parunastu latach powinny się wyłączać. Może to wystarczy, by coś zmienić?
Wykonał taki zabieg 12 razy, nim przełożony zorientował się, że grzebie w pastylkach, jednak wszystkie dzieci zdawały się funkcjonować normalnie. Czas pokaże.
Lekarza zwolniono i zesłano do zakładu. Nikt nie naruszy szarego, grzecznego społeczeństwa.
Wyzwanie literackie
Opowiadania w ramach wyzwania ---> pierwszy post wyjaśnia
środa, 24 stycznia 2018
niedziela, 1 października 2017
Moja planeta
Śnieżyca nie odpuszczała miasteczku od wielu dni. Dzieciaki nie chodziły do szkoły, autobusy nie kursowały, a nieliczni, spieszący do pracy pomimo nieprzyjaznych warunków pogodowych ludzie ślizgali się, uprawiając niespotykane dotychczas odmiany baletu na chodnikach.
Mikołaj wpatrywał się intensywnie w swoją kulę śnieżną. Wirujące śnieżki i zatopione w wodzie porcelanowe miasteczko bardzo przypominało obraz za oknem. Chłopcu przeszło przez myśl, że być może w którymś z miniaturowych budyneczków siedzi właśnie inne dziecko i rozmyśla nad swoją własną kulą. Ta koncepcja bardzo mu się spodobała - gdyby w jego kuli istniał jakiś mały chłopiec, mógłby się z nim zaprzyjaźnić i zabierać go ze sobą wszędzie - byłby przecież taki malutki!
Mikołaja ogarnął niepokój. Przecież to dziecko już dawno utopiłoby się w jego kuli! Z grymasem na twarzy wstał od biurka i odłożył przedmiot na parapet. Cóż za głupota, napełniać taką kulę wodą - żadne małe, zamieszkałe w niej stworzonko nie ma realnych szans na przetrwanie!
Chłopiec postanowił wyjść na dwór. Dynamicznym krokiem przeszedł przez pokój i ruszył do wyjścia, nie zważając na krzątającą się po kuchni mamę. Założył ogromny golf, czapkę z pomponem i potężne, dwa rozmiary za duże śniegowce, które dostał od ciotki, więc musiał je nosić w ramach wdzięczności, nieważne jak beznadziejne by nie były.
Gdy tylko otworzył drzwi, owionął go straszliwy chłód. Naciągnął czapę głębiej na uszy i ciężkim krokiem zaczął spacerować po podwórku, podziwiając ogromne ślady, które pozostawiał w głębokich zaspach. Potknął się i wywrócił w śnieg, więc zaczął się w nim tarzać.
Po jakimś czasie zaczął marznąć. Niebo pojaśniało, jakby ktoś nagle odkrył całe miasteczko spod ciemnego koca, ale temperatura wciąż wykraczała poza granice normalnego funkcjonowania. Mikołaj usłyszał stłumione okrzyki i zaczął się rozglądać, jednak w pobliżu nikogo nie było. Wzruszył ramionami i wstał z chłodnego śniegu, kierując się do domu. Nie udało mu się jednak do niego dotrzeć, bo ziemia zadrżała i ponownie się wywrócił. Spadające z nieba śnieżynki zawirowały w dzikim tańcu, a zalegający śnieg z dachu i drzew spadł na ziemię z głośnym plaskiem.
Po chwili wahania chłopiec ponownie wstał, gotów pobiec do domu, do mamy, zaskoczony zaistniałą sytuacją, ale cały świat jakby ponownie się zatrząsł. Mikołaj spróbował czołgać się po śniegu, ale jego przemoczone ubranie i za duże buty stanowiły potężną przeciwwagę dla wątłych sił dziecka. Wystraszony drżącym światem chłopiec krzyknął do mamy, nikt jednak nie wychylił się po niego z domu.
W zasięgu wzroku nie było nikogo - całe pole widzenia wypełniały wirujące płatki białego puchu. Mikołaj zaczął panikować, gdy usłyszał kolejne radosne okrzyki i piski.
- Ktoś tam jest? Pomocy! - zawołał w nieprzeniknioną biel.
Udało mu się wstać, więc pobiegł w stronę domu. Serce biło mu mocno ze strachu, a gdy otworzył drzwi i zawołał mamę, momentalnie zobaczył, jak cały świat obraca się do góry nogami. Niczym w zwolnionym tempie jego dom zsunął się do nieba, a grube warstwy śniegu zbliżały się, by przykryć chłopca i wszystko, co do tej pory utrzymywało się ponad nimi. Mikołaj poczuł, że zaraz spadnie w niewyjaśnionych okolicznościach w górę, więc przytrzymał się klamki drzwi i zaczął wrzeszczeć w niebogłosy.
Na końcu korytarza dostrzegł mamę. Zapierając się o ściany i przewracając na sufit brnęła w stronę drzwi, by w końcu w rozpaczliwym geście wciągnąć swojego syna do środka i przytulić go do siebie.
- Mamusiu, co się dzieje?
- Nie mam pojęcia, kochanie.
Przez okno w kuchni zobaczyli wirujący świat i spadające na ich dom tony śniegu. Pełni strachu, zamknęli oczy.
***
Niemowlę śmiało się i piszczało wesoło, trzymając w tłustej rączce szklaną kulę starszego brata.
- Ona zaraz ją zniszczy! - wykrzyknął chłopiec.
- Daj spokój, niech się pobawi.
- Ale tam jest moje miasteczko, mój świat, moja planeta! A jeśli coś się rozklei? O, albo jeśli żyje tam jakiś chłopiec i własnie bardzo się boi, bo ta tutaj urządza mu trzęsienie ziemi?!
Zebrani w pomieszczeniu dorośli roześmiali się serdecznie. Wujek prawie wypluł sztuczną szczękę, a babcia rozlała na nowiutki obrus trochę świątecznego barszczu.
- Chłopiec w kuli śnieżnej? To ty masz wyobraźnię, kochanie!
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Wiosenna organizacja
Westchnąwszy przeciągle, wstała z łóżka i rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Jak niby mam ogarnąć to wszystko? - rzuciła w przestrzeń wypełnioną starymi ciuchami, pamiątkami nie wiadomo skąd i różnymi innymi bzdetami, których musiała się pozbyć lub uporządkować.
Dla najbardziej leniwej osoby na świecie było to niczym wejście na Mount Everest.
- Maaaaaamooooo!
Drzwi uchyliły się, zgarniając w kąt parę bliżej niezidentyfikowanych rzeczy.
- Miałaś robić porządek tutaj.
- No właśnie robię. Chciałam zapytać tylko za ile ta paczka przyjdzie.
Matka westchnęła jeszcze bardziej przeciągle niż córka i zerknęła na zegarek.
- Cóż, powinna być jeszcze dziś wieczorem - uśmiechnęła się ironicznie. - Dasz radę.
Sadie została sama ze swoim bałaganem. Przebiła się do biurka, na którym stał laptop i uruchomiła swoją ulubioną playlistę. To pierwszy krok do czegoś produktywnego - umilić to sobie muzyką.
Szesnastolatka była naprawdę leniwą oraz sentymentalną osobą. Kiedy więc za każdym razem kuliła się z laptopem pod kocem, a jej matka przychodziła, i kazała jej posprzątać, dziewczyna wykorzystywała ideę "wiosennych porządków". "Przyjdzie wiosna to ogarnę, mamo. Na zimę to się nikomu nie chce nic robić". Były jednak dwa kłopoty, których nie przewidziała.
Po pierwsze - jej nigdy nie chciało się nic robić.
Po drugie - wiosna przyszła.
Za zadanie miała wyrzucenie pokaźnej ilości szpargałów, aby zrobić miejsce na nowe, które zakupiła w ramach równie wiosennej zmiany wystroju i "odgruzowanie" pokoju. W sklepie internetowym wyposażyła się również w trochę odzieży, zatem reforma nie mogła ominąć szafy.
Podśpiewując pod nosem ulubioną melodię, Sadie usiadła na środku pokoju i złapała w ręce przypadkową rzecz z podłogi.
Figurka Ozzy'ego Osbourne'a? Poważnie?
Chwyciła czarny worek i koszykarskim ruchem wyrzuciła zbędną rzecz.
Hm, to łatwiejsze, niż myślałam.
Łatwo poszło również ze staroświeckim zestawem do pisania listów, plastikową kulą śnieżną z bałwankiem, który odkleił się od podstawy i latał równie wesoło co płatki śniegu czy drewnianym aniołkiem "na szczęście". Problemy zaczęły się dopiero, gdy natknęła się na stary, poplamiony zeszyt w czerwone i różowe serduszka. Otworzyła go na pierwszej stronie.
"22 czerwca 1985r.
Dzisiaj Teddy zabrał mnie do kina. Film był w porządku, ale cały czas myślałam tylko o tym, że muszę się pożegnać. Rodzice na całe wakacje wywożą mnie do cioci Elly! Będę za nim bardzo tęsknić, chociaż wstydziłam się mu powiedzieć. W końcu boję się, że znudzi się czekaniem na mnie - przecież w wakacje mieliśmy się najlepiej bawić - i nie będzie się chciał już ze mną spotykać. Z drugiej strony on ma już dziewiętnaście lat... i swój samochód! Może do mnie przyjedzie z kolegami? Nie wiem tylko jak ciocia zareaguje..."
- Audrey, złotko, chodź no tutaj!
Sadie poderwała głowę znad lektury i zmarszczyła brwi. Ktoś wołał jej mamę. Czyżby mieli gości? Wzruszyła ramionami i spojrzała na pamiętnik.
"Teddy" - czy to miało być imię jej ojca - "Theodore'a"? Jeśli tak, ucieszyła się, że jej matka nigdy tak się do niego nie zwracała w jej obecności. Może jeszcze "Misiaczku"?
- Aaaaaudreeeeey! Ile razy mam wołać? Kolacja!
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Mamy gości, którzy we własnym domu wołają nas na kolację?
Drzwi pokoju uchyliły się z trzaskiem, a do pokoju zajrzała ciocia Elly. Miała tę swoją nienagannie ułożoną fryzurę i fartuszek, ale było w niej coś, od czego Sadie prawie dostała zawału. Czy ona była u jakiegoś chirurga?
Ciocia miała jakieś trzydzieści lat mniej - zero zmarszczek, kruczoczarne - nie siwe, jak zwykle - włosy i dużo więcej życia w spojrzeniu.
- Audrey? Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie.
Sadie uniosła wysoko brwi i wskazała palcem na siebie. Jednak jej naparstek nie napotkał jak zwykle miękkiej, szarej bluzy, a dziwny, nieco szorstki materiał. Spojrzała w dół i zorientowała się, że ma na sobie haftowaną ozdobnie sukieneczkę, nie zaś swój domowy strój. Coś tu nie grało.
- Ciociu, gdzie jest mama? - spytała ostrożnie.
- Twoja mama? Przecież rodzice już pojechali, kochanie. Jesteśmy same aż przez dwa dni, później wraca wujek Montey.
- Co?! Co tu się dzieje?
Elly spojrzała, zmartwiona, na dziewczynkę. Podeszła i położyła jej dłoń na czole.
- Czy coś się stało? Uderzyłaś się gdzieś?
- Ja? Co ja w ogóle mam na sobie? O co tutaj chodzi?
- Malutka, chodź na dół, przyłożę ci lód i poczujesz się lepiej.
Otępiała Sadie pozwoliła odmłodzonej cioci podtrzymać się pod ramię i wyszła ze swojego pokoju. Kiedy rozejrzała się dokoła, miała ochotę wrzasnąć. Wcale nie była na swoim korytarzu, ale w holu domu Elly, który wyglądał jak sprzed remontu; dziewczyna znała ten widok tylko ze zdjęć. Staromodny, kwiatowy wystrój i drewniane, zdobione meble. Odwróciła się i zobaczyła, że z jej pokoju nie zostało nic, oprócz pozostawionego na podłodze pamiętnika - reszta wyglądała jak pozostała część domu. Sadie nawet nie zauważyła, kiedy przycichła muzyka z jej - już (albo jeszcze, jeśli dziewczyna domyślała się o co tutaj chodzi) nieistniejącego - laptopa.
- Wiem, że jesteś dosyć sceptyczna co do tego zostania u mnie na całe wakacje, ale zapewniam cię, że będziemy się świetnie bawić! - trajkotała ciocia, podczas gdy Sadie rozglądała się po domu rodem ze zdjęć z rodzinnego albumu. - Dorobiłam się nawet supernowoczesnego aparatu - jak chcesz, to możemy sobie zrobić zdjęcie!
Elly błysnęła lampą po oczach i zaraz w jej rękach pojawiła się fotografia roześmianej jej samej, oraz stojącej obok niej, wybałuszającej oczy do aparatu... młodej Audrey.
Sadie wyrwała zdjęcie z rąk cioci i krzyknęła z zaskoczenia.
- To ja?!
- No widzisz, ja też cię z tą miną nie poznaję. Uśmiechnij się, od razu będzie lepiej. Wiesz, ja kiedyś miałam ofertę, żeby zostać aktorką, ale ją odrzuciłam, bo nie chciałam mieszkać w wielkim mieście. W każdym razie przeszłam szkolenie i wiem nawet co robić, żeby na każdym zdjęciu wyglądać korzystniej. Jak chcesz, to cię nauczę. Mamy na to całe dwa miesiące! Ale najpierw kolacja! Siadaj, zjesz trochę kanapek? Czy chcesz jednak tego lodu? Nastawię wodę na herbatę, usiądź sobie, kochanie...
Sadie skorzystała z oferty i usiadła z wrażenia. Czy to jest możliwe? Czy naprawdę jakimś cudem znalazła się we wspomnieniach własnej matki? Jeśli tak, to musiała znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać. Zawsze w filmach o podróżach w czasie pojawił się wątek zmiany przeszłości i jakieś straszne tego konsekwencje. Nie byłoby fajnie, gdyby sknociła coś, co doprowadziło np. do jej życia! Poza tym strasznie dziwnie było być w skórze kogoś innego. Nawet własnej matki!
Zjadła kolację z ciocią Elly, chociaż ciążyło jej na sercu to, że może popełniać właśnie jakiś błąd. Już tym swoim szokiem i dziwnym zachowaniem prawdopodobnie zmieniła coś w zachowaniu własnej matki a także cioci, co może później doprowadzić do poważniejszych nieprawidłowości.
- Ciociu - odchrząknęła. - Zaraz wrócę, dobrze?
Sadie pobiegła do pokoju i wręcz rzuciła się na pamiętnik. Ponownie zaczęła go czytać.
"30 czerwca 1985r.
Rozmawiając z ciocią Elly dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o swojej rodzinie. Chciałabym być w domu i móc spotykać się z przyjaciółmi, ale tutaj jest naprawdę w porządku. Wiem, że wszyscy starają się jak mogą - również wujek Montey - żebym czuła się tu dobrze. Wciąż jednak myślę o Teddy'm..."
- Paczka przyszła! - usłyszała głos swojej matki.
Sadie poczuła nieopisaną ulgę. Do jej uszu doszedł dźwięk kultowych piosenek z playlisty, a gdy rozejrzała się dokoła, dostrzegła znajomy bałagan.
- Już idę! - krzyknęła i zatrzasnęła pamiętnik. Postanowiła go zatrzymać, ale z czytaniem być nieco ostrożniejsza...
- Jak niby mam ogarnąć to wszystko? - rzuciła w przestrzeń wypełnioną starymi ciuchami, pamiątkami nie wiadomo skąd i różnymi innymi bzdetami, których musiała się pozbyć lub uporządkować.
Dla najbardziej leniwej osoby na świecie było to niczym wejście na Mount Everest.
- Maaaaaamooooo!
Drzwi uchyliły się, zgarniając w kąt parę bliżej niezidentyfikowanych rzeczy.
- Miałaś robić porządek tutaj.
- No właśnie robię. Chciałam zapytać tylko za ile ta paczka przyjdzie.
Matka westchnęła jeszcze bardziej przeciągle niż córka i zerknęła na zegarek.
- Cóż, powinna być jeszcze dziś wieczorem - uśmiechnęła się ironicznie. - Dasz radę.
Sadie została sama ze swoim bałaganem. Przebiła się do biurka, na którym stał laptop i uruchomiła swoją ulubioną playlistę. To pierwszy krok do czegoś produktywnego - umilić to sobie muzyką.
Szesnastolatka była naprawdę leniwą oraz sentymentalną osobą. Kiedy więc za każdym razem kuliła się z laptopem pod kocem, a jej matka przychodziła, i kazała jej posprzątać, dziewczyna wykorzystywała ideę "wiosennych porządków". "Przyjdzie wiosna to ogarnę, mamo. Na zimę to się nikomu nie chce nic robić". Były jednak dwa kłopoty, których nie przewidziała.
Po pierwsze - jej nigdy nie chciało się nic robić.
Po drugie - wiosna przyszła.
Za zadanie miała wyrzucenie pokaźnej ilości szpargałów, aby zrobić miejsce na nowe, które zakupiła w ramach równie wiosennej zmiany wystroju i "odgruzowanie" pokoju. W sklepie internetowym wyposażyła się również w trochę odzieży, zatem reforma nie mogła ominąć szafy.
Podśpiewując pod nosem ulubioną melodię, Sadie usiadła na środku pokoju i złapała w ręce przypadkową rzecz z podłogi.
Figurka Ozzy'ego Osbourne'a? Poważnie?
Chwyciła czarny worek i koszykarskim ruchem wyrzuciła zbędną rzecz.
Hm, to łatwiejsze, niż myślałam.
Łatwo poszło również ze staroświeckim zestawem do pisania listów, plastikową kulą śnieżną z bałwankiem, który odkleił się od podstawy i latał równie wesoło co płatki śniegu czy drewnianym aniołkiem "na szczęście". Problemy zaczęły się dopiero, gdy natknęła się na stary, poplamiony zeszyt w czerwone i różowe serduszka. Otworzyła go na pierwszej stronie.
"22 czerwca 1985r.
Dzisiaj Teddy zabrał mnie do kina. Film był w porządku, ale cały czas myślałam tylko o tym, że muszę się pożegnać. Rodzice na całe wakacje wywożą mnie do cioci Elly! Będę za nim bardzo tęsknić, chociaż wstydziłam się mu powiedzieć. W końcu boję się, że znudzi się czekaniem na mnie - przecież w wakacje mieliśmy się najlepiej bawić - i nie będzie się chciał już ze mną spotykać. Z drugiej strony on ma już dziewiętnaście lat... i swój samochód! Może do mnie przyjedzie z kolegami? Nie wiem tylko jak ciocia zareaguje..."
- Audrey, złotko, chodź no tutaj!
Sadie poderwała głowę znad lektury i zmarszczyła brwi. Ktoś wołał jej mamę. Czyżby mieli gości? Wzruszyła ramionami i spojrzała na pamiętnik.
"Teddy" - czy to miało być imię jej ojca - "Theodore'a"? Jeśli tak, ucieszyła się, że jej matka nigdy tak się do niego nie zwracała w jej obecności. Może jeszcze "Misiaczku"?
- Aaaaaudreeeeey! Ile razy mam wołać? Kolacja!
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Mamy gości, którzy we własnym domu wołają nas na kolację?
Drzwi pokoju uchyliły się z trzaskiem, a do pokoju zajrzała ciocia Elly. Miała tę swoją nienagannie ułożoną fryzurę i fartuszek, ale było w niej coś, od czego Sadie prawie dostała zawału. Czy ona była u jakiegoś chirurga?
Ciocia miała jakieś trzydzieści lat mniej - zero zmarszczek, kruczoczarne - nie siwe, jak zwykle - włosy i dużo więcej życia w spojrzeniu.
- Audrey? Wszystko w porządku? Wyglądasz dziwnie.
Sadie uniosła wysoko brwi i wskazała palcem na siebie. Jednak jej naparstek nie napotkał jak zwykle miękkiej, szarej bluzy, a dziwny, nieco szorstki materiał. Spojrzała w dół i zorientowała się, że ma na sobie haftowaną ozdobnie sukieneczkę, nie zaś swój domowy strój. Coś tu nie grało.
- Ciociu, gdzie jest mama? - spytała ostrożnie.
- Twoja mama? Przecież rodzice już pojechali, kochanie. Jesteśmy same aż przez dwa dni, później wraca wujek Montey.
- Co?! Co tu się dzieje?
Elly spojrzała, zmartwiona, na dziewczynkę. Podeszła i położyła jej dłoń na czole.
- Czy coś się stało? Uderzyłaś się gdzieś?
- Ja? Co ja w ogóle mam na sobie? O co tutaj chodzi?
- Malutka, chodź na dół, przyłożę ci lód i poczujesz się lepiej.
Otępiała Sadie pozwoliła odmłodzonej cioci podtrzymać się pod ramię i wyszła ze swojego pokoju. Kiedy rozejrzała się dokoła, miała ochotę wrzasnąć. Wcale nie była na swoim korytarzu, ale w holu domu Elly, który wyglądał jak sprzed remontu; dziewczyna znała ten widok tylko ze zdjęć. Staromodny, kwiatowy wystrój i drewniane, zdobione meble. Odwróciła się i zobaczyła, że z jej pokoju nie zostało nic, oprócz pozostawionego na podłodze pamiętnika - reszta wyglądała jak pozostała część domu. Sadie nawet nie zauważyła, kiedy przycichła muzyka z jej - już (albo jeszcze, jeśli dziewczyna domyślała się o co tutaj chodzi) nieistniejącego - laptopa.
- Wiem, że jesteś dosyć sceptyczna co do tego zostania u mnie na całe wakacje, ale zapewniam cię, że będziemy się świetnie bawić! - trajkotała ciocia, podczas gdy Sadie rozglądała się po domu rodem ze zdjęć z rodzinnego albumu. - Dorobiłam się nawet supernowoczesnego aparatu - jak chcesz, to możemy sobie zrobić zdjęcie!
Elly błysnęła lampą po oczach i zaraz w jej rękach pojawiła się fotografia roześmianej jej samej, oraz stojącej obok niej, wybałuszającej oczy do aparatu... młodej Audrey.
Sadie wyrwała zdjęcie z rąk cioci i krzyknęła z zaskoczenia.
- To ja?!
- No widzisz, ja też cię z tą miną nie poznaję. Uśmiechnij się, od razu będzie lepiej. Wiesz, ja kiedyś miałam ofertę, żeby zostać aktorką, ale ją odrzuciłam, bo nie chciałam mieszkać w wielkim mieście. W każdym razie przeszłam szkolenie i wiem nawet co robić, żeby na każdym zdjęciu wyglądać korzystniej. Jak chcesz, to cię nauczę. Mamy na to całe dwa miesiące! Ale najpierw kolacja! Siadaj, zjesz trochę kanapek? Czy chcesz jednak tego lodu? Nastawię wodę na herbatę, usiądź sobie, kochanie...
Sadie skorzystała z oferty i usiadła z wrażenia. Czy to jest możliwe? Czy naprawdę jakimś cudem znalazła się we wspomnieniach własnej matki? Jeśli tak, to musiała znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać. Zawsze w filmach o podróżach w czasie pojawił się wątek zmiany przeszłości i jakieś straszne tego konsekwencje. Nie byłoby fajnie, gdyby sknociła coś, co doprowadziło np. do jej życia! Poza tym strasznie dziwnie było być w skórze kogoś innego. Nawet własnej matki!
Zjadła kolację z ciocią Elly, chociaż ciążyło jej na sercu to, że może popełniać właśnie jakiś błąd. Już tym swoim szokiem i dziwnym zachowaniem prawdopodobnie zmieniła coś w zachowaniu własnej matki a także cioci, co może później doprowadzić do poważniejszych nieprawidłowości.
- Ciociu - odchrząknęła. - Zaraz wrócę, dobrze?
Sadie pobiegła do pokoju i wręcz rzuciła się na pamiętnik. Ponownie zaczęła go czytać.
"30 czerwca 1985r.
Rozmawiając z ciocią Elly dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o swojej rodzinie. Chciałabym być w domu i móc spotykać się z przyjaciółmi, ale tutaj jest naprawdę w porządku. Wiem, że wszyscy starają się jak mogą - również wujek Montey - żebym czuła się tu dobrze. Wciąż jednak myślę o Teddy'm..."
- Paczka przyszła! - usłyszała głos swojej matki.
Sadie poczuła nieopisaną ulgę. Do jej uszu doszedł dźwięk kultowych piosenek z playlisty, a gdy rozejrzała się dokoła, dostrzegła znajomy bałagan.
- Już idę! - krzyknęła i zatrzasnęła pamiętnik. Postanowiła go zatrzymać, ale z czytaniem być nieco ostrożniejsza...
niedziela, 9 kwietnia 2017
Chrupki i ciernie
- Był sobie kiedyś pewien pan. Miał on słynną na całe miasteczko ciastkarnię. Pech chciał jednak, że kiedyś do tego pana przyszedł znany krytyk kulinarny, który zamówił przysmak lokalu - czekoladowe chrupki z kolorową posypką.
- Zjadłbym takie chrupki...
- Cśśś, nie przerywaj! Babciu, mów dalej!
- No więc ten pan bardzo chciał zadowolić krytyka i przygotować najpyszniejsze chrupki na świecie. Spróbował nieco ulepszyć swoją miksturę czekoladową, w której je moczył, dodając zioło, które otrzymał od zaprzyjaźnionego zielarza. Miało ono powodować, że osoba, po jego zjedzeniu odczuwa ogromną satysfakcję i chce więcej. Nasz pan był z początku sceptycznie nastawiony do takich ziół, pomyślał jednak, że to wyjątkowa okazja. Przyrządził takie chrupki w polewie czekoladowej, obsypał posypką i podał krytykowi. Ten, z początku był zachwycony, jednak po zjedzeniu ostatniego chrupka wytrzeszczył oczy i padł trupem, jakby cierń utkwił mu w gardle.
- Och!
Rozległo się pukanie do pokoju.
- Mogę państwu przerwać seans na moment? - spytał uśmiechnięty dziadek. - Kochanie, powiedz mi, pamiętasz może gdzie postawiłem tę puszeczkę z melisą? Jak słucham tych rozgrywek baseballowych to się we mnie krew gotuje - mrugnął do wnucząt i roześmiał się poczciwie.
- Sprawdź w szufladce w stoliku nocnym, ostatnio sobie parzyłeś na sen.
- Dziękuję. Dobranoc.
Dziadek wyszedł, a dzieci ponownie wlepiły wzrok w babcię.
- I co było dalej?
- Dalej? Ach... Nasz pan musiał zamknąć ciastkarnię, bo stracił wszystkich klientów i zbankrutował. Postanowił, że nigdy więcej nie weźmie niczego od zielarza. Jaki jest z tego morał? - babcia spojrzała na dzieci wyczekująco. - Żeby nie brać...
- Rzeczy do nieznajomych? - dokończył wnuczek.
- Ale on był znajomy! - wtrąciła się wnuczka.
- Ale to zioło było nieznajome!
- Nieznajome zioło? Co ty pleciesz?!
- No w sensie, że ten pan nie wiedział...
- Już, już, spokojnie - przerwała im babcia. - Właśnie o to chodzi. A teraz śpijcie.
Starsza kobieta wstała z łóżka, zgasiła lampkę i już miała zamykać drzwi, gdy z ciemności wydobył się głos wnuczki:
- Babciu... A co się stało z zielarzem?
- Cóż - westchnęła spytana - nasz pan uznał go za sprawcę wszystkich swoich kłopotów, więc przestał się z nim przyjaźnić. Dobranoc, skarby.
- Dobranoc.
***
Wnuczka podeszła do babci. Coś nie dawało jej spokoju.
- Babciu... A czy ten krytyk był u lekarza?
Kobieta prychnęła.
- Przecież on umarł, kochanie. Lekarz by mu nie pomógł.
- Ale nieeeee. Wcześniej! Czy wcześniej poszedł do doktora?
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo, a co?
- Bo wiesz... - dziewczynka zawstydziła się. - Może on był po prostu na te chrupki uczulony? A zielarz był niewinny?
Staruszka uśmiechnęła się, zaskoczona.
- Możliwe, że masz rację, malutka. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego krytyk umarł.
- I jaki z tego wniosek? - rozpromieniła się wnuczka. - Żeby nie...
- Żeby nie osądzać ludzi pochopnie? - dokończyła babcia. Dziecko, usatysfakcjonowane, skinęło głową.
Wszystkiemu przysłuchiwał się dziadek.
- No, mała, niezła jesteś - roześmiał się. - Nareszcie ktoś mnie zrozumiał w tej całej historii.
- Zjadłbym takie chrupki...
- Cśśś, nie przerywaj! Babciu, mów dalej!
- No więc ten pan bardzo chciał zadowolić krytyka i przygotować najpyszniejsze chrupki na świecie. Spróbował nieco ulepszyć swoją miksturę czekoladową, w której je moczył, dodając zioło, które otrzymał od zaprzyjaźnionego zielarza. Miało ono powodować, że osoba, po jego zjedzeniu odczuwa ogromną satysfakcję i chce więcej. Nasz pan był z początku sceptycznie nastawiony do takich ziół, pomyślał jednak, że to wyjątkowa okazja. Przyrządził takie chrupki w polewie czekoladowej, obsypał posypką i podał krytykowi. Ten, z początku był zachwycony, jednak po zjedzeniu ostatniego chrupka wytrzeszczył oczy i padł trupem, jakby cierń utkwił mu w gardle.
- Och!
Rozległo się pukanie do pokoju.
- Mogę państwu przerwać seans na moment? - spytał uśmiechnięty dziadek. - Kochanie, powiedz mi, pamiętasz może gdzie postawiłem tę puszeczkę z melisą? Jak słucham tych rozgrywek baseballowych to się we mnie krew gotuje - mrugnął do wnucząt i roześmiał się poczciwie.
- Sprawdź w szufladce w stoliku nocnym, ostatnio sobie parzyłeś na sen.
- Dziękuję. Dobranoc.
Dziadek wyszedł, a dzieci ponownie wlepiły wzrok w babcię.
- I co było dalej?
- Dalej? Ach... Nasz pan musiał zamknąć ciastkarnię, bo stracił wszystkich klientów i zbankrutował. Postanowił, że nigdy więcej nie weźmie niczego od zielarza. Jaki jest z tego morał? - babcia spojrzała na dzieci wyczekująco. - Żeby nie brać...
- Rzeczy do nieznajomych? - dokończył wnuczek.
- Ale on był znajomy! - wtrąciła się wnuczka.
- Ale to zioło było nieznajome!
- Nieznajome zioło? Co ty pleciesz?!
- No w sensie, że ten pan nie wiedział...
- Już, już, spokojnie - przerwała im babcia. - Właśnie o to chodzi. A teraz śpijcie.
Starsza kobieta wstała z łóżka, zgasiła lampkę i już miała zamykać drzwi, gdy z ciemności wydobył się głos wnuczki:
- Babciu... A co się stało z zielarzem?
- Cóż - westchnęła spytana - nasz pan uznał go za sprawcę wszystkich swoich kłopotów, więc przestał się z nim przyjaźnić. Dobranoc, skarby.
- Dobranoc.
***
Wnuczka podeszła do babci. Coś nie dawało jej spokoju.
- Babciu... A czy ten krytyk był u lekarza?
Kobieta prychnęła.
- Przecież on umarł, kochanie. Lekarz by mu nie pomógł.
- Ale nieeeee. Wcześniej! Czy wcześniej poszedł do doktora?
Babcia zmarszczyła brwi.
- Nic mi o tym nie wiadomo, a co?
- Bo wiesz... - dziewczynka zawstydziła się. - Może on był po prostu na te chrupki uczulony? A zielarz był niewinny?
Staruszka uśmiechnęła się, zaskoczona.
- Możliwe, że masz rację, malutka. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego krytyk umarł.
- I jaki z tego wniosek? - rozpromieniła się wnuczka. - Żeby nie...
- Żeby nie osądzać ludzi pochopnie? - dokończyła babcia. Dziecko, usatysfakcjonowane, skinęło głową.
Wszystkiemu przysłuchiwał się dziadek.
- No, mała, niezła jesteś - roześmiał się. - Nareszcie ktoś mnie zrozumiał w tej całej historii.
poniedziałek, 27 marca 2017
Czas zegarów
Trwożliwie uniósł wzrok ponad tarczę zegara. Nad wieżą szybował ogromny drapieżny ptak, łakomie rozglądając się po okolicy. Trevor poczuł, jak braknie mu powietrza. Zwierzę przypominało krzyżówkę smoka z kurą, z opalizującymi ślepiami, błyszczącymi szponami i rudawymi piórami. Morderczą krzyżówkę.
Chłopak wstrzymał oddech i poczekał, aż bestia się oddali. Ta jednak wyraźnie nie skłaniała się ku temu. Wciąż rozglądała się, szukając czegoś pomiędzy budynkami. Zapewne jego.
Stał więc tak, wciśnięty między stary, porzucony wóz a wilgotną ścianę budynku naprzeciw wieży zegarowej z łukiem i wybuchową strzałą w ręce, czekając na okazję. Trevorem targały różne emocje. Ekscytacja, bo to w końcu właśnie jemu powierzono misję zniszczenia głównego czasomierza w mieście. Strach, ponieważ dziwaczne stwory panoszyły się i atakowały mieszkańców coraz bezczelniej. Niepewność, czy sprosta zadaniu i czy to przeklęte ptaszysko wreszcie odleci.
Nie odleciało.
W jednej chwili wrzasnęło przeraźliwie i zapikowało w dół, bez żadnego ostrzeżenia miażdżąc dziobem maskę starego samochodu, o który właśnie opierał się Trevor.
Chłopiec wydał z siebie pisk nie cichszy niż uprzednio potwór i rzucił się do biegu przez plac. Podmuch powietrza, który prawie powalił go na ziemię, poinformował go, iż zwierzę ponownie wzbija się do lotu. Przed Trevorem stanął dylemat godny bohatera - skupić się na ucieczce, czy na powodzeniu misji? Spodziewał się, że będzie tak jak we wszystkich książkach - że czas zwolni, a jemu uda się wszystko zaplanować i pokonać wroga. Niestety, na podjęcie tej trudnej decyzji miał czasu tyle co mgnienie oka. W biegu nałożył strzałę na cięciwę. Jeśli nie wystrzeli w ciągu paru sekund, minie plac i schowa się za kolejnym budynkiem, skąd nie uda mu się wycelować w zegar!
Bestia znów zaszarżowała spadając szponami na ramiona chłopca, przewracając go i siłą rozpędu pchając go parę metrów do przodu po placu. Trevor poczuł jak ciężar zwierzęcia spada znienacka na jego barki, a twarz i dłonie ulegają poharataniu przez wilgotny, kamienny chodnik. Spróbował krzyknąć, ale upadek wyrwał mu powietrze z płuc. Nie marnował kolejnej chwili.
Gdy stwór się podniósł i zadarł szyję by wymierzyć ostateczny cios gigantycznym dziobem, Trevor w pół sekundy przewrócił się na plecy, zaciskając zęby z bólu i wymierzył prosto w pysk monstrualnego ptaka. Strzała poleciała przed siebie, a chłopiec spróbował jak najdalej się odsunąć. Niestety cel był bardzo blisko, więc gdy wybuchowy bełt sięgnął stwora w okolice prawego ślepia i eksplodował, podmuch przeturlał Trevora kolejne parę metrów. Zakręciło mu się w głowie. Przez mroczki obserwował, jak pióra bestii zajmują się ogniem, a ta próbuje odlecieć, w ostateczności jednak pada na środku placu, wydając z siebie pełne bólu okrzyki.
Chłopiec spróbował wstać, ale zaraz syknął z bólu i ponownie padł. Podciągnął nogawkę spodni i dostrzegł, że jego lewa noga jest potwornie obita. Od kolana w dół dało się dojrzeć głębokie otarcie, a całość bolała przy każdym ruchu. Musiał się stąd wydostać i to szybko.
Najpierw jednak czekała na niego misja.
Pamiętał, jak każda chwila jego życia wypełniona była zegarami. Zawsze wiedział, która godzina, na każdym kroku widział czasomierze - czy to w telefonie, czy tradycyjne, kieszonkowe, wiszące, na dworcu czy na takim właśnie placu. Aż w końcu ktoś wynalazł sposób na to, jak podróżować w czasie.
Z początku było normalnie, na ile wyprawy w przyszłość (z początku tylko na takie pozwalano - chciano uniknąć ewentualnych skutków zmian w przeszłości) mogą być normalne. Później jednak coś poszło nie tak. Do tej pory oficjalnie nie wiadomo co się właściwie stało, ale wszystkie zegary zaczęły wariować. Po prostu >wariować<. Wskazówki jak szalone kręciły się na wszystkie strony, co chwila zmieniały kierunek i prędkość, nie można się było zorientować w tym, co wskazywały. I żeby chodziło tylko o urządzenia - ale nie. Miotające się po tarczy strzałki ciągnęły za sobą bolesne skutki. Ludzie starzeli się w ciągu paru sekund, kobietom ciężarnym spłaszczały się brzuchy, dzieci zapominały, jak się mówi, a budynki rozsypywały się w pył. Oprócz znikania, coś zaczęło się też pojawiać. Prehistoryczne bestie, czy też może stworzenia z przyszłości, ze sztucznie zmodyfikowanymi genami? Nie było czasu na badanie skąd się wzięły. Niekiedy nie było nawet czasu na ucieczkę i ratowanie życia. Szybko zaczęły atakować ludzi, a ze zwykłymi zwierzętami stworzyły zabójcze krzyżówki. Miasta stały się dżunglami, cywilizacja w zaledwie parę dni podupadła, cofnęła się do koczowniczego trybu życia, w którym na każdym kroku trzeba walczyć o przetrwanie.
"To wina zegarów, one wszystko pomieszały. Może gdy je zniszczymy, znikną też wszystkie te stwory?" - rzucił kiedyś dyrektor domu dziecka, który przygarnął chłopca. Postanowiono zniszczyć wszystkie czasomierze; i tak nie można im było już ufać.
- Nie wiadomo, czy to w ogóle zadziała - rzucił sam do siebie Trevor, trzymając się za bolące miejsce i rozglądając się w poszukiwaniu nowego zagrożenia. - Ale tylu ludzi oddało za tę misję życie. To nasza ostatnia nadzieja. Czas zegarów musi dobiec końca.
Nie wiadomo skąd znalazł w sobie siłę. Wstał, wyjął z kołczana jeszcze jedną wybuchową strzałę i posłał ją w stronę tarczy. Wskazówki zajęły się ogniem i zadrżały, po chwili dało się słyszeć trzask i spadły z wielkiej wysokości. Główny zegar w mieście został zniszczony. Istniała jeszcze szansa.
niedziela, 12 marca 2017
Patchwork
- Ile można oglądać koty w internecie? - rzucił na wstępie, zamiast przywitania.
- Skąd wiedziałeś co robiłam cały dzień? Uśmiechnął się i podszedł do fotela, na którym siedziała, kontemplując facebook'ową tablicę.
- Odpoczęłaś już, kanapowcu?
- Tylko jeszcze bardziej się rozleniwiłam.
- To znaczy, że nie masz ochoty wyjść z domu na przykład do kina?
Jej sielankowy humor momentalnie się ulotnił.
- Niespecjalnie.
- Och, przestań, jego tam na pewno nie będzie.
Przed oczami stanęły jej wydarzenia ostatnich kilku tygodni. Gdyby zaledwie miesiąc temu ktoś zapytał ją, co będzie teraz robić, odpowiedziałaby zapewne, że wybierać suknię, przygotowywać listę utworów dla didżeja lub leżeć na ogromnym łożu z baldachimem w jego objęciach. A jednak - los bywa przewrotny. Czego jej brakowało, co miała inna?
Kiedy słyszymy "zdrada", wydaje się to okropne, lecz odległe. Na myśl przychodzi "mnie nigdy to nie spotka" czy "mój jest inny". Jakimże zaskoczeniem był przedwczesny powrót do domu z pracy i zastanie w upranej z rana pościeli nieznajomej.
Gdyby z kolei sześć miesięcy temu ktoś zapytał ją, jak będą układać się jej stosunki z bratem, odpowiedziałaby śmiechem. "Ja nie mam brata". Nie miała, dopóki obcy mężczyzna parę lat starszy od niej z matczynymi oczami zapukał do jej drzwi. Na początku nie chciała wierzyć, nie chciała mieć brata.
Teraz nie miałaby dokąd pójść.
- Nie można się tak cały czas umartwiać. Słuchaj, psychologiem nie jestem, ale moim zdaniem właśnie powinnaś się od tego oderwać.
- No właśnie, nie jesteś.
- A ty nie jesteś 60-letnią wdową opłakującą męża. Masz prawo wyjść gdzieś i zapomnieć.
- Po prostu... Jeszcze nie dziś, okej?
Spojrzał na nią tymi błękitnymi oczyma, które patrzyły na nią tyle razy w dzieciństwie, kiedy matka coś jej tłumaczyła.
- W porządku. Idę do sklepu, chcesz coś?
Poszedł do kuchni i dało się słyszeć trzask przesuwanych naczyń i otwieranych szafek.
- Nie, dzięki - przygryzła wargę.
Wyszedł.
Tak to jest, pomyślała. Życie, to taki trochę patchwork. Wydaje ci się, że wszystko do siebie pasuje, że twój koc jest idealny. A potem ktoś przychodzi i odrywa ci z niego kawałek. Każdy materiał jest niepowtarzalny, nie da się więc naprawić koca bez śladu. Po kolei, fragment po fragmencie doszywasz co tylko znajdziesz, aż w końcu powstaje jedyna w swoim rodzaju mieszanka pasków, kratki i kwiatów, jedwabiu i sztruksu... Przyjaźni, miłości, rozpaczy. Takie właśnie jest życie, podsumowała w myślach i powróciła do przeglądania śmiesznych kotów w internecie, których rozkoszne pyszczki pomagały zapomnieć.
Gwoli powitania...
Będąc ciekawą wyzwań i z chęcią do spróbowania czegoś nowego postanowiłam wraz z koleżanką (http://wyzwanieopowiadanie.blogspot.com/) podjąć się takiego ćwiczenia, jakim jest pisanie na określony temat. Interesuję się pisaniem, toteż zmobilizowanie się do robienia tego więcej i częściej, co może przynieść obiecujące efekty bardzo mi się spodobało. Jeśli wam też - zostańcie ze mną :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)